Miesiąc: czerwiec 2014
Szkoły
Drogi Czytelniku,
z pewnością nieraz słyszałeś przestrogę z Ewangelii wg św. Mateusza: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Przyszła mi ona na myśl po rozmowie z dyrektorem III Liceum Ogólnokształcącego im. Gen. Sowińskiego w Warszawie. Szalenie żałuję, że człowiek na tym stanowisku tak źle zarządza szkołą o długoletniej tradycji. Co z tego, że w „papierach” wszystko się zgadza, skoro w głowach jest inaczej. Ale po kolei.
Jak wiesz, jestem autorem bestsellera pt. Przywilej wyboru. Czytelnicy żądają, abym coś jeszcze napisał. Zbieram więc materiały do następnej książki. Z tego powodu trafiłem na przykry przypadek rozgrywający się w ww. liceum. Jedna z nauczycielek od nauki języka obcego pastwi się nad uczniem. Moim zdaniem rzecz naganna z definicji. Wiem, jak nauczyciele potrafią uprzykrzyć życie uczniom (i odwrotnie też!), bo sam byłem uczniem i miałem dwóch synów w systemie edukacji.
Pikanterii dodaje fakt, że – po pierwsze – ta nauczycielka z liceum jest dosyć młoda stażem. Od ukończenia jej studiów nie minęło 10 lat. Powinna więc jeszcze pamiętać podstawy pedagogiki i czym jest powołanie nauczyciela. Tymczasem już ją widać bierze skleroza, bo wszystko zapomniała. Kwitnie za to u niej złośliwość i małostkowość. Nie tracę nadziei, że kiedyś przeczyta i zrozumie mój bestseller Przywilej wyboru, a wtedy dopiero pojmie, co to znaczy czuć się kochaną, akceptowaną i potrzebną.
Po drugie, uczeń przeżył kilkanaście miesięcy temu wielką tragedię osobistą. W wypadku zginął jego brat bliźniak. Trudno sobie wyobrazić, jaka to trauma. Nie trzeba być wybitnym psychologiem, aby rozumieć, że taki przypadek ma negatywne skutki na naukę.
Po trzecie, z ocen – prawie 10 „jedynek” – można wysnuć wniosek, że uczniowi należy się poprawka z przedmiotu. Tyle tylko że uczeń w miarę dobrze zna ów język obcy (sic!). Są przecież odpowiednie testy sprawdzające wiedzę w tej dziedzinie i niezależni edukatorzy. Niestety, w III Liceum liczy się tylko ocena tendencyjnie nastawionej do ucznia nauczycielki. W ramach źle rozumianej solidarności ocenę tę „klepie” z automatu Rada Pedagogiczna i zatwierdza bez wnikania w szczegóły wspomniany na początku dyrektor.
Po czwarte, usiłowałem porozmawiać na ten temat z panem dyrektorem w cztery oczy. Wszak trudno przejść obojętnie, gdy komuś dzieje się krzywda, zwłaszcza dziecku. Niestety, w rozmowie telefonicznej kategorycznie odmówił trzyminutowego spotkania, bo jak stwierdził, nic mi do tego, co się dzieje w jego szkole. Naprawdę? W Krakowie na takie zachowanie powiedzieliby, że zachował się jak buc. My na Mazowszu znamy bardziej dosadne określenia, lecz muszę je tutaj pominąć milczeniem.
Być może za dużo oczekiwałem od pana dyrektora. Cóż, wyszedłem spod skrzydeł dr Anny Radziwiłł, późniejszej wiceminister edukacji. On widocznie ma inne wzorce. Nie jest w stanie zrozumieć swojej wielkiej roli pedagoga i jednocześnie dyrektora. Bagatelizowanie sygnału o nieprawidłowości w podległej placówce oświatowej w postaci krzywdzenia ucznia może świadczyć o zupełnym braku kompetencji. Czyż przy takim szefie mogą dobrze działać jego podwładni?
Tak było w poniedziałek 23.06.2014 r. Na szczęście dla równowagi miałem możliwość zobaczyć działania zgoła odmienne już dwa dni później 25.06.2014 r. Na zaproszenie prezesa Jacka Weigla uczestniczyłem w Klubie ARCO w świętowaniu zakończenia roku szkolnego i 10 lecia istnienia Stowarzyszenia Edukacyjnego Integracja oraz Chrześcijańskich placówek Samuel.
Na razie są to przedszkola, szkoły podstawowe, gimnazja. Powstaje już pierwsze liceum ogólnokształcące. To świat zupełnie inny od standardowej szkoły publicznej, którą reprezentuje III Liceum Ogólnokształcące im. Gen. Sowińskiego w Warszawie.
Różnica wynika z innego modelu działania. Na pierwszym miejscu jest dobro ucznia wynikające z wartości chrześcijańskich. Dzięki temu widać niezwykłą integrację między prezesem Jackiem Weiglem, jego żoną, nauczycielami krajowymi i zagranicznymi, rodzicami, uczniami i sympatykami jak choćby ja.
Rozmawiałem z rodzicami i zadowolonymi absolwentami. Również tymi, którzy już parę lat temu skończyli edukację w Samuelu, lecz czują z nim więź. Jedna rzecz była znamienna. Gdy po edukacji w którejś z placówek Samuela idą do publicznej szkoły średniej, widzą przepaść w traktowaniu uczniów i zaangażowaniu nauczycieli w edukację.
Wierzę, że w dłuższej perspektywie pozostaną szkoły z systemem edukacji promowanym przez prezesa Jacka Weigla a nie dyrektora III Liceum Ogólnokształcącego im. Gen. Sowińskiego w Warszawie. Stanie się tak, gdy do głosu dojdą nauczyciele, dla których dobro ucznia jest sprawą nadrzędną.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Miesiąc: maj 2014
Nieszczęśliwy sukces
Drogi Czytelniku,
może Cię dziwić dzisiejszy tytuł wpisu. Jednakże oddaje on niezwykle precyzyjnie istotę problemu, który mnie ostatnio dotknął. Wszystko za sprawą reinstalacji systemu operacyjnego XP Professional w moim laptopie.
No cóż, Windows XP ma to do siebie, że po jakimś czasie „zapycha się”. Odwlekałem już od wielu miesięcy tę straszną dla mnie chwilę ponownego wgrania systemu operacyjnego. Byłem przekonany, że „przy okazji” stracę jakieś ważne dla mnie pliki i programy. Jeśli nie znasz tego lęku i uczucia, bo jesteś biegły z informatyki, to Ci zazdroszczę. Niestety, jestem w tym obszarze techniki dosyć kiepski, więc moje obawy były jak najbardziej uzasadnione.
Sześć lat temu, gdy na skutek awarii dysku należało wgrać ponownie system, sporo danych potraciłem. Bałem się, że teraz też to może się przytrafić. Wszak złe nie śpi, jeno czyha!
Z drugiej jednak strony nie było wyjścia. Na skutek przeciążeń procesora jego wentylator działał na okrągło. Często nie dawał rady z chłodzeniem. Wtedy laptop wyłączał się samoczynnie, gdy temperatura rdzenia (jeśli ją pokazuje program TEMP CORE) przekraczała 82 stopnie Celsjusza. Potem zaczynał się koszmar z jego ponownym uruchomieniem. Najczęściej musiałem schodzić z nim do piwnicy, gdzie było chłodniej. Tylko tam udawało mi się zrestartować laptopa.
Oczywiście z „zamulonym” systemem Windows XP były też inne dolegliwości, jak np. zawieszanie się drukarki. Najczęściej wtedy, gdy trzeba było pilnie wydrukować jakieś dokumenty lub inne pliki.
Podjąłem wszystkie możliwe dla mnie środki zapobiegawcze. Porobiłem kopie wszystkich plików. Tych ważnych przynajmniej dwie na różnych nośnikach.
Nadeszła godzina zero.
Po rozkręceniu laptopa otrzymał on jeszcze dawkę sprężonego powietrza, aby usunąć kurz. Windows XP wgrał się bez problemu, sterowniki zadziałały, temperatura wskazywana przez program TEMP CORE utrzymywała się w granicach 40-45 stopni Celsjusza. Jednym słowem pod tym względem pełny sukces.
Wgrywam program pocztowy. Idzie świetnie. Pokazują się wszystkie konta, które miałem. Nagle zauważam coś niepokojącego. Co się dzieje? Niektóre foldery w poszczególnych kontach pokazują wartość 0 (słownie: ZERO). W najważniejszym koncie firmowym zniknęły maile przychodzące przez ostatnie 6 lat. Straszne nieszczęście. Niepowetowana strata.
Pytam na prawo i lewo, co robić. Przeglądam fora pocztowe w poszukiwaniu podobnego przypadku. Koresponduję nawet z producentem oprogramowania pocztowego. Bez rezultatu.
Zawsze masz dwa wyjścia: walczyć do końca lub poddać się i zrezygnować.
Podjąłem walkę. Wiedziałem przecież, że zrobiłem wcześniej, co mogłem. Zabezpieczyłem się w jakiś sposób na taką sytuację. Być może popełniłem błędy w tworzeniu kopii zapasowych bądź użyłem niewłaściwego programu do archiwizacji. Wierzyłem jednak, że gdzieś moje dane pocztowe są. Chociaż program ich nie widzi, one muszą gdzieś siedzieć.
Były!!!
Przez ostatnie 3 tygodnie maja poczta działała u mnie kiepsko. Mogłem przegapić lub przypadkowo wykasować jakieś maile kierowane do mnie. Były parogodzinne okresy, szczególnie między 12-19.05.2014, kiedy straciłem przesyłane do mnie wiadomości bezpowrotnie. Mój błąd.
Za to mozolnie wygrzebywałem z zasobów laptopa i pamięci zewnętrznych dane do kont pocztowych. Odzyskałem około 90% z nich. Niektóre mniej istotne sobie darowałem. Przy okazji zrozumiałem na jakieś 80% istotę działania i strukturę wewnętrzną programu pocztowego. Poza tym teraz już wiem , że powinienem mieć pocztę w protokole IMAP a nie POP3.
Zdaję sobie sprawę, że dla rasowego informatyka mój problem by nie zaistniał. Jednak w ostatecznym rozrachunku to doświadczenie jest dla mnie bardzo pouczające i edukacyjnie niezastąpione.
W sumie dobrze się stało, że trochę otrzaskałem się z informatyką. Teraz mniej się boję kontaktu z nią.
Jednego jestem pewien. Następnym razem przy wgrywaniu Windowsa XP przystąpię do tej operacji bez lęku. Nauczyłem się przez te dni tak dużo, że mogę uznać nieszczęście z programem pocztowym w ostateczności za sukces. A gdy odnosisz sukces, przestajesz patrzeć na porażki, które były przed nim.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Miesiąc: kwiecień 2014
Chopin w Kosmosie
Drogi Czytelniku,
dzięki niestrudzonemu animatorowi kultury Bogdanowi Falickiemu poznałem wczoraj, tj. 29.05.2014 r. w Domu Kultury ZACISZE Adama Ustynowicza. To niezwykle ciekawa postać. Z wykształcenia jest inżynierem lotnictwa, posiada też licencję pilota. Jednak bardziej jest znany jako producent i reżyser filmowy, bo studiował w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera, czyli słynnej łódzkiej „filmówce”, a także praktykował u włoskiego reżysera Bernardo Bertolucciego.
Najpierw zobaczyliśmy jego ostatni, przepiękny film muzyczno-dokumentalny „Chopin – The Space Concert”, czyli w polskiej wersji językowej był to „Chopin – koncert kosmiczny”. Następnie pan Adam opowiedział, jak on powstał. Historia ta jest tak pasjonująca, że czuję się w obowiązku o niej pokrótce opowiedzieć. Tym bardziej, że film zdobył Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Monaco. Zasłużenie!
Wszystko zaczęło się – rzekł prelegent – od nawiązania kontaktów z amerykańskimi astronautami Georgem Zamką i Scottem Parazynskim, którzy mają polskie – aczkolwiek głębokie – korzenie na poziomie pradziadków. Obaj nie mówią w naszym języku, lecz są zachwyceni Polską i jej historią.
Ten pierwszy, płk G. Zamka, został dowódcą promu kosmicznego Endeavour w jego przedostatniej misji. Jej celem było dostarczyć i zamontować na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej moduł obserwacyjny Cupola, wykonany w Europie. Wyprawa miała odbyć się na początku 2010 r. Ponieważ była to jubileuszowa dwusetna rocznica urodzin Fryderyka Chopina, Adam Ustynowicz zaproponował kosmonaucie, aby ten zabrał na orbitę płytę z utworami kompozytora.
Georg Zamka był zaskoczony i wahał się, bo raczej myślał o muzyce współczesnej. W końcu zgodził się. Pan Adam sam wybrał 10 utworów F. Chopina, które jego zdaniem najlepiej mogą odzwierciedlać uczucia kosmonautów na orbicie. Pozostało znalezienie wykonawcy.
Wybrał wybitnego specjalistę od muzyki Chopina Karola Radziwonowicza. Ten nie dość, że zgodził się wziąć udział w projekcie, to jeszcze „wciągnął” do niego swojego brata Tomasza z zespołem Sinfonia Viva Orchestra. Co więcej, NASA przekazała pomysłodawcy zdjęcia i nagrania nie tylko z lotu w przestrzeni kosmicznej, lecz również z montażu rakiety i poszczególnych etapów przygotowań.
Dzięki temu Adam Ustynowicz po 2 latach żmudnych prac mógł znakomicie zgrać muzykę Chopina z materiałem filmowym i fotograficznym. Powstało dzieło, które przy słuchaniu i oglądaniu zapiera dech w piersiach. Widać piękno przestworzy i jednocześnie uświadamiamy sobie, ile ludzie wspólnymi siłami potrafią zdziałać.
Na koniec łyżka dziegciu, niestety! Na sali oprócz Adama Ustynowicza był też wspomniany wykonawca muzyki fortepianowej do filmu „Chopin – The Space Concert” Karol Radziwonowicz z żoną i córką. Wstał i powiedział, że nikt z władz odpowiedzialnych za kulturę w Polsce nie chciał wspomóc produkcji tego dzieła (sic!).
Twierdzili, że brakuje związku przyczynowo-skutkowego między Chopinem a Kosmosem. Nie dostrzegali, jak nadarza się niepowtarzalna okazja, aby promować polską kulturę. Tylko upór i niesamowite zaangażowanie pomysłodawcy i producenta filmu zadecydowały o końcowym sukcesie. Ten niesamowity film powstał.
Wierzę, że go obejrzysz, bo naprawdę warto. Wspomnij przy okazji, że gdy masz wielkie marzenie i przekonanie o jego słuszności, wystarczy Ci wytrwałości, aby pokonać pojawiające się trudności. Weź przykład z Adama Ustynowicza. To dzięki niemu Chopin zaistniał w Kosmosie. Możemy to zobaczyć i posłuchać.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Wielkanoc 2014
Drogi Czytelniku,
co jakiś czas przyjeżdżają do Łomianek do naszej parafii pw. Św. Małgorzaty kapłani ze Wschodu, głównie z Ukrainy. Opowiadają, w jakim stanie są kościoły, w których przyszło im odprawiać msze. Cóż, przez wiele lat w Związku Radzieckim te budynki były zamknięte lub wykorzystywane na magazyny nawozów i innych towarów. Nikt nie dbał o nie, więc choćby z powodu dziurawych dachów popadły w ruinę.
Te kiedyś piękne świątynie – oddawane reaktywowanym parafiom, często po ciężkiej walce z administracją – są więc w tragicznym stanie technicznym. Bardzo trudno przywrócić im dawną świetność, bo na dodatek wiernych jest mało.. Proboszczowie zmuszeni są więc jeździć „na żebry” do Polski, aby zdobyć jakiekolwiek fundusze na funkcjonowanie powierzonych im odcinków duszpasterskich.
Można powiedzieć, że zamykanie kościołów było domeną komunistów i innych przeciwników wiary chrześcijańskiej. Tymczasem w tym tygodniu, i to Wielkim Tygodniu, kościół zamyka arcybiskup katolicki. Toż przecież takiego absurdu nie byłby w stanie wymyślić nawet niezapomniany Bareja. Budzi to mój ogromny niesmak, zdziwienie, smutek, rozgoryczenie i jednocześnie poczucie bezsilności wobec niesprawiedliwości.
Jestem w stanie zrozumieć, że abp. H. Hoser nie cierpi ks. W. Lemańskiego. Przez to chce go upokorzyć przy każdej nadarzającej się okazji. Co prawda jest to działanie wbrew nauce Chrystusa, lecz jakżeż to ludzkie. Dlaczego jednak ksiądz Arcybiskup karze parafian zamknięciem kościoła? Jest to tym bardziej karygodne , że to nie on finansował wybudowanie tej świątyni, lecz parafianie. Toż to – w uproszczeniu – dysponowanie cudzym mieniem.
W tym sporze znam osobiście tylko jednego uczestnika, tj. tego poniżanego. W moim sposobie widzenia świata wysoko cenię ks. W. Lemańskiego. Podziwiam jego wiarę, oddanie Kościołowi, umiłowanie drugiego człowieka, cierpliwość w przekonywaniu do swoich racji i pokorę.
Natomiast jego antagonista jawi mi się jako zaciekły i mściwy osobnik, który niewiele ma wspólnego z nauką Jezusa. Czy swoim zachowaniem i decyzjami arcybiskup, który powinien być pasterzem,ukazuje piękno Ewangelii i przykazania miłości, w tym do drugiego człowieka? Śmiem wątpić.
Oczywiście, wielu księży, z którymi rozmawiałem, potępia ks. W. Lemańskiego. Zarzucają mu nieposłuszeństwo wobec przełożonego. Ja natomiast twierdzę, że nie ma gorszej rzeczy niż ślepe posłuszeństwo. Ono obowiązuje choćby w układach mafijnych. Również wielu zbrodniarzy hitlerowskich zasłaniało się koniecznością posłuszeństwa wobec rozkazów.
Przecież człowiek ma wolną wolę. Musi posługiwać się swoim rozumem oraz zasadami moralnymi i etycznymi. Krzywdzenie drugiego człowieka zawsze jest złem!
W tym dniu, w Wielki Piątek, zdaniem faryzeuszy i arcykapłanów Chrystus przegrał, bo udało się go zabić. Jednak zrobili błąd, bo nie uwzględnili Zmartwychwstania. Niech dobry Bóg wybaczy arcybiskupowi jego niegodne czyny, które uniemożliwiają mieszkańcom Jasienicy przeżycia Triduum Paschalnego w swoim kościele.
Na szczęście Łomianki są po drugiej stronie Wisły, więc na razie mi abp. H. Hoser nie zagraża. Mogę w czasie świąt Wielkiej Nocy odwiedzać swój kościół parafialny. Nigdy nie przypuszczałem, że w wolnej Polsce ktoś z wiernych może nie mieć takiej możliwości.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Bosskie dziewczyny
Drogi Czytelniku,
znam kluczowe postaci Akademii Kobiet Sukcesu, tj. Patrycję Załug i Małgosię Smoczyńską. Pierwszą z nich poznałem u nas w klubie Toastmasters Leaders, a drugą jako czytelniczkę mojej książki Przywilej wyboru.
Jedną z ich akcji jest Szkoła Liderek, czyli miejsce, gdzie następuje wyzwolenie kobiecej przedsiębiorczości. Odbyły się już dwie edycje tego studium, a teraz kończy się trzecia. Byłem na jej inauguracji. Tam poznałem m.in. Agnieszkę Bałaban, Anetę Ponikowską i Ewelinę Dub.
Właśnie te trzy adeptki zorganizowały konferencję Życiowa BOSS-ka. Bez Ograniczeń Spełniam Siebie. Teraz już masz pewność, że tytuł tego wpisu jest prawidłowy. Wszak wymyśliłem go z inspiracji tą konferencją.
Odbędzie się ona w najbliższą sobotę 12 kwietnia 2014 r. Nota bene z moim udziałem na jednym z wykładów. Będę mówił o bardzo ważnym aspekcie związanym z rozwojem osobistym, a mianowanie o przełamywaniu niskiej samooceny.
Wbrew pozorom to częsta przypadłość nie tylko kobiet. Skutkuje fatalnym obniżeniem możliwości wykorzystania posiadanego potencjału. Dobrze się więc stało, że taki temat znalazł się w agendzie konferencji.
Zatem do zobaczenia u bosskich dziewczyn. Konferencja jest gratisowa. Wystarczy się wcześniej zarejestrować.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Miesiąc: marzec 2014
Stan gotowości
Drogi Czytelniku,
przydarzyła mi się ostatnio pouczająca przygoda. Był to konkurs mów inspirujących naszego klubu Toastmasters Leaders. Bardzo chciałem wziąć w nim udział, jednak miał się on odbyć dopiero 26.03.2014 r. Ten zaś termin miałem wcześniej zarezerwowany na moją obecność w Domu Kultury ZACISZE.
Gdy zaczęły się rysować nadzieje, że swoje publiczne wystąpienie będę miał parę dni później, rozpocząłem pracę nad mową konkursową. Komuś, kto nigdy tego nie robił, może się wydawać, że do mowy, która trwa 5-7 minut, wystarczy „godzinka” przygotowań. Nic bardziej błędnego.
Zazwyczaj jest tak, że im mowa krótsza, tym jest trudniejsza do przygotowania. Kiedyś zapytano premiera Winstona Churchilla, nota bene znakomitego mówcę, ile potrzebuje czasu na godzinne przemówienie. Odpowiedział, że parę minut. Dociekliwy rozmówca zapytał więc, jak długo zajmą mu przygotowania na pięciominutowe wystąpienie. Na to Churchill odrzekł, że to dużo poważniejsze zadanie, a więc potrzebuje co najmniej kilka dni.
Dlaczego tak się dzieje? Otóż w krótkim przemówieniu należy być szczególnie precyzyjnym w wyrażaniu swoich myśli. Często pojedyncze słowa decydują o jakości samej mowy. Jeśli na dodatek ma to być mowa inspirująca, zadanie staje się tym trudniejsze. Trudno w tak krótkim czasie porwać i przekonać publiczność, a zwłaszcza sędziów do swoich tez. Poza tym to jest konkurs, a więc każdy z mówców stara się czymś przed nimi wyróżnić.
Uważam, że taką mowę mówca musi sobie napisać. Przynajmniej ja tak robię. Z tego względu zachęcam też tych członków naszego klubu, gdy zwracają się do mnie o poradę, aby czynili podobnie i też napisali swoją mowę.
Dzięki temu odniosą dwie korzyści. Po pierwsze, dokładnie wiedzą, jak długo ona potrwa, bo mogą zliczyć słowa i znaki. Po drugie, na gotowym tekście łatwiej nanieść poprawki niż tylko wszystko pamiętać w myślach. Pamięć ludzka jest zawodna. To jest tylko moja rada.
Wiem, że są ludzie tak uzdolnieni do przemawiania, że mogą sobie pozwolić na improwizację. Ja mimo wszystko wolę uzyskiwać kolejne, udoskonalone wersje pisemne swojego wystąpienia.
Kilka dni przed datą konkursu miałem gotowe zręby swojego przemówienia. Liczyło ono około 650 słów. Trochę za dużo, żeby zmieścić się bezpiecznie w regulaminowym czasie wystąpienia. Niemniej wstępny materiał na konkurs powstał.
Loguję się na odpowiedniej witrynie, a tam informacja, że lista uczestników zamknięta z powodu olbrzymiego zainteresowania. Ponoć były wcześniej na ten temat rozsyłane informacje. Nic takiego do mnie nie dotarło. Przecież gdybym wiedział o takich ograniczeniach, zapisałbym się w ciemno.
Co tu dużo mówić, ogarnął mnie smutek. Mowa na konkursie zawsze daje dużo różnorakiego doświadczenia. Do tej pory brałem udział w klubie prawie we wszystkich takich konkursach. Tym razem byłem wykluczony odgórnie.
Mimo to poprawiałem wciąż swoją mowę. Przychodziły mi nowe pomysły, jak ją ulepszyć. Przyjąłem założenie, że w najgorszym przypadku wygłoszę ją za rok lub wcześniej przy innej okazji.
Oczywiście intensywność przygotowań znacznie spadła. Brakowało pełnej motywacji. Wszak w konkursie miałem nie brać udziału z przyczyn formalnych. Jednak wiara, że będę przemawiał, wciąż się tliła.
Nagle po południu dzień przed konkursem dostaję telefon, że ktoś zrezygnował i zwolniło się miejsce na liście mówców. Akurat byłem poza Łomiankami bez laptopa i kartek z notatkami mojej mowy. Dojechałem do domu późno wieczorem.
Na szczęście jeszcze zdążyłem wysłać 2 maile – do konsultacji prze znakomite mówczynie – z proponowanym przeze mnie tekstem. Dostałem od nich odpowiedzi na czas , żeby wprowadzić niezbędne poprawki. Kilka godzin przed losowaniem kolejności występowania, miałem ostateczny tekst na konkurs.
Dla mnie to było mimo wszystko zbyt mało czasu. Oceniałem swój stan przygotowań konkursowych na jakieś 80%. Jednak epilog zdarzenia był pomyślny. Jestem jednym z dwóch reprezentantów naszego klubu. Przeszedłem z Leszkiem do dalszej rundy! Z pewnością w następnym etapie konkursu, tym razem na szczeblu Mazowsza, wystąpię jeszcze lepiej.
Analizując, dlaczego tak się stało, z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że był to wynik podjętych wcześniej przygotowań. Gdybym zaniedbał proces myślenia, co wartościowego powiedzieć słuchaczom, gdybym nie miał kolejnych, pisemnych wersji swojej mowy, gdybym zupełnie zaniechał przygotowań i przestał wierzyć, że może stać się jakaś korzystna dla mnie sytuacja, na pewno mój występ zakończyłby się całkowitą klapą.
Tymczasem pielęgnowany przeze mnie stan gotowości do wygłoszenia mowy zaprocentował – co by nie mówić – sukcesem. Byłem w stanie wygłosić taką, która znalazła uznanie u sędziów. Myślę również po otrzymanych gratulacjach, że podobała się też znacznej części publiczności. Gwoli ścisłości podaję, że nagrodę publiczności – moim zdaniem zasłużenie – zdobyła Marzena. Ciekaw jestem, jak mi pójdzie ta mowa 13.04.2014 r., gdy wykonam wobec niej pełny cykl przygotowań do jej wygłoszenia.
Trzymaj za mnie kciuki! A najlepiej przyjdź na Konkurs Mów i Ewaluacji Obszaru M5. To wielkie wydarzenie Toastmasters odbędzie się w niedzielę 13.04.2014 w godzinach 12:00 – 16:00 w Warszawie na Uczelni Łazarskiego na ul. Świeradowskiej 43 w Sektorze D w auli nr 38 na I piętrze.
Pozdrawiam, zachęcając do bycia w stanie gotowości do działań,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Miesiąc: luty 2014
Jak wykorzystać talenty
Drogi Czytelniku,
spotkał mnie niezwykły zaszczyt. Oto mam przemówić w swojej macierzystej uczelni, czyli Politechnice Warszawskiej. W ramach cyklu Spotkań Zawodowych mam wygłosić inżynierom i sympatykom Wydziału Elektroniki PW we czwartek 6.03.2014 r. o 17:30 prelekcję pt. Jak wykorzystać swoje talenty. Anons o tym wydarzeniu i wiele innych informacji znajduje się na tej witrynie. Zapraszam. Najlepiej weź też kogoś ze sobą.
To pewnego rodzaju paradoks i przewrotność losu, że przez 30 lat mojej kariery zawodowej w inżynierii chemicznej nikogo nie interesowało moje doświadczenie w tym zakresie. A teraz po napisaniu książki dotyczącej rozwoju osobistego zatytułowanej Przywilej wyboru jestem postrzegany jako znawca praktycznego zastosowania zdobyczy psychologii w życiu codziennym. Książkę i autograf możesz nabyć ode mnie po czwartkowym spotkaniu.
Z tego zdarzenia płynie jeszcze inna nauka, a mianowicie byłem przygotowany na niespodziewaną okazję. Wyobraź sobie, jakby to było, że dostaję propozycję wygłoszenia wykładu, nawet dotyczącego tematu, na którym się znam, a robię to publicznie po raz pierwszy. Jakie miałbym wtedy prawdopodobieństwo sukcesu? Moim zdaniem minimalne i Ty zapewne też tak uważasz.
Oczywiście zawsze może zdarzyć się coś nieprzewidzianego. Coś, co może zniweczyć trud przygotowań, jak zawieszenie się komputera, brak odczytania pliku prezentacji, czy inne kataklizmy mówcy. A jednak jestem pewien, że nawet w takich przypadkach wygłoszę to, co przewidziałem. Mam wewnętrzne przekonanie i pewność, że dam radę.
Dlaczego tak sądzę? Bo wbrew pozorom poniosłem wiele porażek na scenie. Dały mi one niezbędną twardość mentalną. A to się myliłem w kolejności wątków przygotowanej wypowiedzi, a to zapominałem nazwisk ludzi, których miałem zapowiedzieć, a to błędnie przedstawiałem tytuł naukowy rozmówcy lub temat referatu. Mógłbym mnożyć swoje wpadki. Wiedz, że one mnie nauczyły uniknąć podobnych nieszczęść przed inną publicznością.
Teraz wspomnienia o nich wyglądają czasami humorystycznie. Wtedy wręcz byłem przekonany, że serce przestaje mi bić, a ja płonę ze wstydu. Ba, po latach niektórzy świadkowie moich niepowodzeń gratulują mi, jak to świetnie zostało zagrane (sic!).
A wszystko zaczęło się od tego, że pod koniec 2006 r. podjąłem nieodwołalną decyzję zmienić swoje życie. Nadać mu nowy wyraz, aby wykorzystać swoje talenty, gdy tylko zrozumiałem, że też je mam. Co tu dużo mówić. Widzę, jak przez te lata korzystnie się zmieniłem. Jednocześnie dostrzegam, ile jeszcze pracy przede, aby stać się lepszym w tym, co robię i kim jestem.
Jeśli chcesz mieć inne rezultaty swojego życia, bo dotychczasowe słabo Cię zadowalają, też musisz zakasać rękawy i przeprowadzić konieczne zmiany. Niestety, to jedyna droga. Tę tezę potwierdza pewne zdarzenie z tego tygodnia.
Otóż od paru dni zacząłem prowadzić rozmowy o mojej książce Przywilej wyboru z ludźmi, których poznałem w ostatnich latach. Znajduję wizytówkę, biorę do ręki telefon i dzwonię do wybranej osoby. Trochę się chwalę swoim dziełem, bo to jedyna okazja, i proszę o pomoc w rekomendowaniu książki. To są bardzo pouczające i najczęściej miłe rozmowy. Jeśli możesz i zechcesz, to też powiedz znajomym o książce Przywilej wyboru. Dla nieznanego – na razie – pisarza to jedyna okazja zaistnienia u Czytelników.
Jedną z moich rozmówczyń była Ania Nowakowska. W swoim mieszkaniu na Sadybie robi ona w kameralnym gronie mini warsztaty dla osób, które chcą być szczęśliwe. Ania niezmiennie powtarza, że „jeśli nie zmienisz przekonań i zachowań, wszystko pozostanie po staremu„. Koszty są u Ani naprawdę symboliczne. Tylko 50 zł za kilka godzin edukacji. Idź i sprawdź. Polecam. Kontakt do niej e-mailem: nowakowska.anna@wp.pl, a nr tel. 663 184 522.
Ania wywodzi konieczność zmian z zasad huny. Jak widzisz, niezależnie od źródła mądrości, teza jest podobna do tej, o której pisałem powyżej: Lepsza jakość życia wymaga wprowadzenia zmian. Bez istotnych zmian w swoim życiu, trudno Ci będzie optymalnie wykorzystać swoje talenty. To byłaby wielka szkoda dla Ciebie i pośrednio dla nas wszystkich.
W takim razie zacznij się mądrze zmieniać. Powodzenia!
Pozdrawiam, wierząc w Twoją przemianę,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Miesiąc: styczeń 2014
Miłe niespodzianki
Drogi Czytelniku,
nie wiem jak Ciebie, lecz mnie do białej gorączki potrafi doprowadzić uzasadnienie, że „taki jest przepis”. To mogą być słowa wypowiedziane przez urzędnika, policjanta, strażnika, prawnika, nauczyciela, czy też kogokolwiek, kto słabo rozumie istotę prawa.
Oczywiście, ktoś może na tej podstawie zarzucić mi, że w ten sposób zachęcam do anarchii. Nic bardziej błędnego. W moim sposobie widzenia świata chodzi o to, aby rozumieć ducha ustanowionego prawa. Owszem, jego jakość często jest kiepska i nad tym trzeba ubolewać. Tym bardziej więc należy strać się zrozumieć, zwłaszcza dotyczy to egzekutorów przepisów, czemu one w zamyśle miały i mają w rzeczywistości służyć.
Jakby zupełnie zaginęło dobro, dla którego tworzy się prawo, aby ułatwić życie obywatelom. Dlatego przy interpretacji przepisów na dalszy plan schodzi korzyść obywatela, który jest bez szans w poruszaniu się pośród nieprawdopodobnego gąszczu różnych uregulowań, często nawzajem się wykluczających. Przez to nawet najprostsza sprawa staje się niezwykle skomplikowana, bo nie można jej – zwłaszcza przy złej woli – rozwiązać zwyczajnie po ludzku.
Cóż, samodzielne myślenie jest czynnością nad wyraz trudną. Czy zatem może dziwić, że ktoś woli tępo stosować się do najbardziej nawet niesprawiedliwego przepisu, zamiast posłużyć się zdrowym rozsądkiem?
A jednak w ostatnim czasie zdarzyły mi się dwie perełki, które napawają optymizmem. Świadczą bowiem o tym, że są osoby, które myślą nieszablonowo.
Pierwszy przypadek dotyczy wizytówek. Zamówiłem je – tak jak poprzednie – w renomowanej i jednocześnie międzynarodowej firmie VISTAPRINT. Przyszły w umówionym terminie. Patrzę i oczom nie wierzę. Mają inny wymiar niż poprzednie. Dla mnie dramat. Owszem mały, jednak był. Co robić?
Dzwonię do Zespołu Obsługi Klienta ww. usługodawcy. Pytam, dlaczego wizytówki mają inny wymiar niż poprzednie. Tamte miały 87 x 49 mm, a te 85 x 55 mm, czyli te nowe są powierzchniowo większe. Z tego powodu nie pasują do wizytownika.
Miła pani sprawdziła moje zamówienie. Wyszło na to, że dostarczony towar jest zgodny ze złożonym przeze mnie zamówieniem (sic!). Na ekranie nie zauważyłem, że wizytówka wygląda inaczej niż kiedyś. Ale dlaczego doszło do takiej pomyłki?
Okazało się, że na świecie przyjął się nowy standard wymiarów wizytówek i maszyny drukarskie ustawiono na taki właśnie format. Oczywiście, gdybym sobie zażyczył wymiar poprzedni, to by mi go zrobili. Jednak przegapiłem ten fakt.
Cóż, pani z firmy Vistaprint mogła np. powiedzieć : „Widziały gały, co brały”. Zrobiła za to coś innego. Przyznała, że doszło do pomyłki, lecz uznała, że częściowo jest to również jakieś niedopatrzenie z ich strony, że klient był nie do końca świadomy, co zamawia.
Zaproponowała, że prześle mi jako bonus wizytownik dopasowany do nabytych przeze mnie wizytówek. Domyślasz się, że po takim wybrnięciu z sytuacji będę już zawsze klientem firmy Vistaprint. Jej pracownicy zasługują na to. Jeśli dostaniesz ode mnie wizytówkę, wspomnij o mojej przygodzie i jej pozytywnym zakończeniu.
Podobny przypadek miałem z Polskim Busem. Świetny przewoźnik, a pod względem cen w porównaniu z PKP wręcz rewelacyjny. Korzystam z jego usług co jakiś czas. Mimo to na początku tego roku przeżyłem niemiłą przygodę w Poznaniu.
Zupełnie nieświadomie znalazłem się na niewłaściwym przystanku i odjechał mi autobus, przez co straciłem rezerwację. Przyczyną było to, że we wszystkich miastach, w których korzystałem z autokarów firmy Polski Bus w połączeniach z Warszawą, tj. w Łodzi, Katowicach czy Lublinie, autokary odjeżdżały z tego samego miejsca, do którego przyjeżdżałem.
Byłem przekonany, że tak samo jest w Poznaniu. Przez myśl mi nie przeszło, że może być inaczej. Dlatego z największym przerażeniem przyjąłem informację, że mój autobus odjechał już z Dworca Podgórzyn , a nie z Dworca PKS, na który przybyłem rano z Warszawy.
W tej sytuacji musiałem nabyć nowy bilet na późniejszą godzinę. Co więcej, okazało się, że wtedy autobus odjeżdża z Dworca PKS, a więc tak, jak byłem przekonany o odjeździe swojego właściwego autobusu. Zapytałem kierowcę, co w tej sytuacji mogę zrobić. – Już nic – odpowiedział. – Bilet można zwrócić godzinę przed odjazdem autobusu, a nie godzinę po. – Przegrał Pan – dodał na pożegnanie.
Mimo to skontaktowałem się z firmą PolskiBus i opisałem zdarzenie. Poprosiłem o zwrot opłat poniesionych za bilet na autobus, który mi odjechał. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że jest w tym przypadku dużo mojego gapiostwa, bo na bilecie był wskazany przystanek odjazdowy. Tyle tylko , że z powodów jak wyżej, nie zwróciłem uwagi na taki „drobiazg”. Z mojego punktu widzenia występowały obiektywne czynniki, bo jednak doszło do pomyłki.
Już na drugi dzień nadszedł mail z informacją o pozytywnym rozstrzygnięciu w mojej sprawie, podpisany Zespół PolskiBus.com. Żałuję, że nie wiem, kto z pracowników podjął korzystną dla mnie decyzję. Przecież mógł się zasłonić odpowiednim przepisem Regulaminu. A jednak postąpił inaczej, zgodnie z rozsądkiem i uczciwie. Jak tu nie korzystać z usług TAKIEJ firmy.
Podałem tylko dwa przypadki, gdy ktoś zachował się nieszablonowo. Mam ich więcej, lecz na ich podstawie chciałem pokazać, że można działać inaczej, niż nakazuje to przepis. Składam wyrazy uznania tym, którzy myślą i postępują właśnie w ten sposób. Skoro czytasz te słowa, jestem pewien, że też należysz do takich osób. Bardzo Ci za to dziękuję.
PS
Jeśli chcesz się utwierdzić, że właśnie tak należy postępować, zajrzyj do mojej pierwszej książki Przywilej wyboru. Poza tym chętnie usłyszę Twoją opinię o niej.
Pozdrawiam z pełną dozą optymizmu w ludzi,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl