Miesiąc: czerwiec 2012
W pogoni za szczęściem
Drogi Czytelniku,
czy wyobrażasz sobie teraz, gdy trwa piłkarski festiwal Euro i prawie wszystkich ogarnął piłkoszał, że ktoś może świadomie nie obejrzeć meczu półfinałowego Niemcy-Włochy? Pytam, bo nie spodziewałem się, że tą osobą mogę być właśnie ja. Tym bardziej, że szykowałem się na ten mecz, bo Włosi niespodziewanie są dla mnie czarnym koniem Mistrzostw Europy, więc zapowiadało się niezwykle ciekawe widowisko.
A jednak przedłużające się oczekiwanie na ten mecz zgubiło mnie. Czas w czwartkowy wieczór 28 czerwca 2012 r. jakby stanął w miejscu. Wydawało mi się, że wskazówki zegara mają wciąż to samo położenie. Do rozpoczęcia meczu każda minuta wlekła się bezlitośnie długo. Koniec końców zasiadłem przed telewizorem, aby obejrzeć coś dla zabicia czasu.
Minęła na zegarze godzina dwudziesta i właśnie na Polsacie zaczął się film. W pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi na tytuł. Ponieważ jednak w roli głównej występował jeden z moich ulubionych aktorów Will Smith (od czasów zobaczenia filmu „Nazywał się Bagger Vance” – polecam!), zacząłem go oglądać. Akcja szybko wciągnęła mnie.
Przerwy reklamowe pozwoliły mi śledzić fragmentu meczu. Co do zwycięstwa Włochów byłem pewny po zdobyciu przez nich drugiej bramki. Wiedziałem, że jest to zbyt klasowa drużyna, aby dała sobie wyszarpać zwycięstwo po zdobyciu takiej przewagi bramkowej.
Dlaczego film niespodziewanie wygrał u mnie z takim meczem? Przede wszystkim z powodu tematyki. Opowiada on o historii Chrisa Gardnera, biednego sprzedawcy, żeby nie rzec gabinetokrążcy, skanerów medycznych. Spadają na niego kolejne ciosy. Po pierwsze, odchodzi żona Linda, która ma dość użerania się z ciągłymi problemami finansowymi. Po drugie, zostawia mu na głowie pięcioletniego synka Christophera, granego przez Jadena Smitha, autentycznego syna Willa Smitha.
A jednak nasz bohater cały czas wierzy, że w końcu karta się odwróci i przestanie zajmować się sprzedażą bezpośrednią. Co więcej, nieustająco poszukuje lepszej pracy. W końcu udaje mu się dostać na staż w wymarzonej firmie brokerskiej. Tyle tylko, że jest bez grosza przy duszy, a staż trwający 6 miesięcy, po którym wybiorą jednego z 20 kandydatów, jest bezpłatny.
Tymczasem on i dziecko potrzebują jeść oraz mieć jakiś dach nad głową, bo właściciel wyrzuca ich z mieszkania. Ktoś musi opiekować się dzieckiem, gdy Chris spędza długie godziny w biurze na nauce i odbywaniu praktyki w ramach stażu. Ma jeszcze do odbycia karę w więzieniu za niezapłacone podatki i mandaty. Jednym słowem, te kilka miesięcy w życiu Chrisa i jego synka Christophera stanowią niewyobrażalny koszmar.
Film kończy się happy endem. Nasz bohater okazuje się najlepszym kursantem i po stażu zdobywa w firmie pracę jako broker. A żona? Żona nie wraca. Tak naprawdę to ona w tym filmie najwięcej przegrała. Straciła kontakt z synem, wyjechała z miasta harować w niechcianej pracy, źle obstawiła możliwości męża. Jedyne, co można jej – chociaż to sformułowanie jest chyba za ostre – zarzucić, to podjęcie decyzji pod wpływem emocji. Bieda doprowadziła ją do rozpaczy i w konsekwencji całkowicie błędnej decyzji.
Oczywiście, że życie tej rodziny było ekstremalnie trudne. Zastanawiałem się podczas filmu, czy mając taki finansowy nóż na gardle jak nasz bohater dałbym sobie radę w życiu jak on. Gdzie są granice naszej odporności na upodlenie przez otoczenie? Kto z nas zdecydowałby się nocować z synem w kiblu, zdobywać kawałek miejsca w schronisku dla bezdomnych, dzwonić po kilkadziesiąt razy dziennie do różnych opryskliwych klientów bez żadnej gwarancji, że nasze działania przyniosą sukces?
W napisach końcowych dowiadujemy, że po kilkunastu latach nasz bohater został milionerem z majątkiem kilkudziesięciu milionów dolarów USA. Okazuje się, że ten dramat filmowy przedstawia biografię prawdziwego Chrisa Gardnera. Mojego równolatka. Obecnie milionera, filantropa, inwestora i inspirującego mówcy. Taki człowiek żyje i działa w naszych czasach. W pogoni za szczęściem przydarzyły mu się te przypadki, o których mówi film. Wielkie marzenia, które miał, pozwoliły mu przetrwać najgorsze godziny życia.
Historia w filmie zaczyna się w San Francisco w 1981 r. Jeśli chodzi o mnie, swoją najnowszą historię zacząłem pisać 25 lat później od niego. Czy Ty już piszesz swoją, czy dopiero zaczynasz?
Dążenie do szczęścia (może taki zwrot byłby lepszym tłumaczeniem tytułufilmu The Pursuit of Happyness?) to nasze zadanie życiowe. Ważniejsze niż najlepszy mecz, bo to rozgrywka o naszą lepszą przyszłość. Najważniejsza rozgrywka, w której bierzemy udział i w której nikt nas nie może zastąpić!
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl
Miesiąc: maj 2012
Autodyscyplina
Drogi Czytelniku,
kilka dni temu uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu zorganizowanym przez THINKTANK. Wystąpili na nim gen. dr Roman Polko i jego żona dr Paulina Polko. Mówili oni, a właściwie głównie generał, o znaczeniu samodyscypliny, zwłaszcza w działaniu liderów.
Co tu dużo mówić, prelegenci twardo podkreślali, że na każdy sukces trzeba ciężko pracować. Jeśli braknie Ci samodyscypliny , masz bardzo małe szanse osiągnąć to, co zamierzasz. Wynika to z faktu, że dla siebie zawsze mamy dużą dozę tolerancji. W rezultacie odkładamy na później sprawy, które należy zrobić jak najszybciej. Powoduje to opłakane skutki.
W ten sposób sami metodycznie powodujemy porażkę. Co gorsza, zamiast przyznać się do błędu, wbijamy sobie do głowy, że nic nie możemy zrobić, bo czynniki zewnętrzne są niesprzyjające.
Jak wybrnąć z takiego kręgu niemocy? Generał Polko ma na to jedną radę. Potrzebna jest autodyscyplina. Trzeba przymusić się osobiście do wykonywania niechcianych zadań. Gdy powstaje kryzysowa sytuacja, działanie jest najlepszym lekarstwem na jej uzdrowienie.
Co więcej, jako lider musisz pokazać, że warto wykonać jakieś działania, niż siedzieć i czekać bezczynnie, że coś się samo zrobi. Gen. Roman Polko przytaczał liczne przykłady z misji w Bośni, Kosowie, Iraku czy Afganistanu, gdzie wysocy rangą oficerowie własnym przykładem zaszczepiali do działań podległych żołnierzy.
Podkreślał również, że ci z podwładnych, którzy nie wierzyli, że coś da się zrobić, byli odsyłani do kraju, aby nie zarażać negatywizmem reszty żołnierzy. Bardzo szybko powstawały w ten sposób realizacje projektów logistycznych i militarnych, które miały prawo się nie udać. Synergia działań poszczególnych ludzi dawała nieprawdopodobne rezultaty.
Generał podkreślał, że z tych względów w USA tylu wojskowych po zakończeniu służby znakomicie spisuje się w biznesie. Wspominał również, jak wiele nauczył się podczas morderczych dwumiesięcznych treningów u rangersów. Tam zrozumiał, że lepsza jest nawet fałszywa motywacja niż jej brak. Możesz się nauczyć autodyscypliny w znacznie łagodniejszej formie, niż proponują to rangersi.
Jeśli myślisz o odnoszeniu sukcesów, skup się na kształtowaniu samodyscypliny. To taki wewnętrzny, który pomoże Ci działać efektywnie.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl
Dodaj komentarz
Miesiąc: kwiecień 2012
Toastmasters Leaders
Drogi Czytelniku,
właśnie minęła pierwsza rocznica działalności naszego klubu Toastmasters Leaders. Powstał on 20.04.2011 r. z inicjatywy niestrudzonego inspiratora i jednocześnie naszego umiłowanego prezesa klubu Grzegorza Turniaka. Pretekstem były urodziny Artura Sójki, które przypadają akurat na ten dzień kwietnia.
Przez ten czas przewinęło się przez nasz klub grubo ponad sto osób. Ponad pięćdziesiąt zostało jego członkiniami i członkami przynajmniej przez pół roku. Wyłoniło się co najmniej kilkanaście fantastycznych mówców. Tak na marginesie, staramy się w Toastmasters Leaders używać form żeńskich, lecz mimo to słowo mówczyń w poprzednim zdaniu jakoś mi nie pasuje. Pozostanę więc tylko ogólnie przy mówcach mając na względzie również płeć piękną.
Możesz się zastanawiać, skąd tylu ludzi interesuje się naszym klubem. Sprawa wydaje mi się prosta: wiele osób chce doskonalić swoje umiejętności w komunikowaniu się. Na pewno odgrywa też rolę konieczność publicznego przemawiania na posiedzeniach w firmie, przy prezentacjach biznesowych, czy wszędzie tam, gdzie wypada zabrać głos.
Pierwszy klub Toastmasters powstał w 1924 r. w Stanach Zjednoczonych, więc idea liczy już prawie dziewięćdziesiąt lat. Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby zainteresowało się nią jeszcze więcej osób. Gdy już wiesz, jakie są zasady używania głosu i wyrażania myśli, szlag Cie trafia, gdy słyszysz wokół tyle błędów. Niestety, również nagminnie w radiu i telewizji, które powinny stanowić wzorzec posługiwania się językiem.
Jest wiele innych metod, aby nauczyć się prawidłowo przemawiać. Są przecież kursy – i to za ciężkie pieniądze – nauki publicznego przemawiania. Jednak umiejętność przemawiania to żmudny proces trwający latami. Trudno ją posiąść przez weekend, a rezultaty są opłakane. Dlatego zupełnie inaczej wygląda edukacja w Toastmasters Leaders. Cotygodniowe spotkania klubu dają możliwość regularnego podnoszenia umiejętności i utrwalanie nowych nawyków.
Tym razem mam dla Ciebie niespodziankę wizualną. Dzięki Anecie Kicman, specjalizującej się w fotografii ślubnej i prywatnej, możesz zobaczyć kilka ujęć z naszej rocznicowej imprezy w yerbaciarni Terere (niestety, obecnie w 2022 r. już nie działa). A skoro rocznica, więc musi być jubileuszowy tort i uroczyste gaszenie świeczki.
Pierwszorocznicową uroczystość zaszczyciła swoją obecnością Milena Paluchowska, znakomita mówczyni (Ha, jednak można dać formę żeńską) i nowa gubernator (Ha, jednak nie wypada dać formy żeńskiej gubernatorka) naszego okręgu ciągnącego się od Wschodnich Niemiec.
Też miałem swoje pięć minut i wygłosiłem mowę okolicznościową z okazji 20 kwietnia.
Pomyśleć, że cztery lata temu byłem po raz pierwszy i ostatni na spotkaniu w jednym z warszawskich klubów Toastmasters. Od razu zrezygnowałem, bo wydawało mi się, że jestem zbyt kiepski, aby nauczyć się przemawiać. A teraz proszę, lepiej czy gorzej, ale występuję.
Może i Ty się wahasz, bo tak jak ja wtedy nie wierzysz w siebie. Z własnego doświadczenia wiem, że warto przełamać własne opory i skorzystać z wieloletnich doświadczeń Toastmasters. Dosłownie na tacy masz podane wskazówki, co masz robić i krok po kroku stajesz się coraz lepszym mówcą. W obecnych czasach to niezwykle potrzebna umiejętność. Choćby po to, aby złożyć życzenia swojemu prezesowi, jak mnie było dane to zrobić naszemu w imieniu klubowiczów.
Jubileuszową uroczystość zakończyło wręczenie dyplomów Zarządowi Klubu. Na zdjęciu od lewej: Paweł Bronikowski (główny organizator rocznicy), Artur Sójka (wiceprezes ds. członkowskich), Grzegorz Turniak (prezes), Jerzy Gzula (wiceprezes ds. edukacji).
Zachęcam Cię gorąco, abyś sam sprawdził ideę Toastmasters i zajrzał w którąś środę wieczorem do Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, gdzie mamy swoje zajęcia. Zawsze spotkasz tam wiele ciekawych osób, również Anetę Kicman, które chcą podnieść swoje umiejętności w zakresie komunikacji międzyludzkiej i ot tak po ludzku pogadać.
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam,
Jerzy
www.jekos.pl
Komentarze: Jedna odpowiedź do “Toastmasters Leaders”
Jerzy,
nie mogłam być na Waszych klubowych urodzinach, dlatego z wdzięcznością przeczytałam Twoją relację. Przy okazji dałeś świetną rekomendację całej organizacji Toastmasters, dziękuję!
Pozwól, że jako współzałożycielka pierwszego na świecie polskojęzycznego klubu Toastmasters, zaproszę czytelników Twojego bloga do nas w odwiedziny 🙂 http://www.tctm.pl
Z pozdrowieniami 🙂
Dodaj komentarz
Miesiąc: marzec 2012
Osobisty audyt wewnętrzny
Drogi Czytelniku,
wracałem w tym tygodniu „expresem” Inter City z Wrocławia. W rzeczy samej, specjalnie użyłem cudzysłowu, bo można się załamać, gdy pociąg tej klasy cenowej za bilet potrzebuje prawie sześciu godzin na przebycie drogi z Wrocławia do Warszawy. Fakt, nadkłada ponad sto kilometrów w stosunku do najkrótszej trasy przez Łódź, bo jedzie przez Katowice (sic!).
To nie jedyna przyczyna. W niektórych miejscach stan torowisk jest tak katastrofalny, że prędkość pociągu expresowego wynosi zaledwie kilkanaście kilometrów na godzinę. W wielu wagonach są teraz elektroniczne wyświetlacze, więc takie kompromitujące odczyty są dostępne dla pasażerów.
Jako obywatel tego kraju i jednocześnie inżynier dziwię się snom o potędze naszych decydentów kolejowych, którzy chcą wydawać miliardy złotych na superszybkie pociągi klasy Pendolino. Przecież z ekonomicznego i technicznego punktu widzenia to absurd! Zamiast tego należy wpierw udrożnić „wąskie gardła kolejowe” do prędkości podróżnej minimum sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, niż bajdurzyć o pociągach jeżdżących dwa razy szybciej. Tak przy okazji, czy zdajesz sobie sprawę, jaka jest w Polsce średnia prędkość podróżna pociągów towarowych? Nie zgadniesz. Tylko 26 km/h!
Ponieważ jednak w każdej sytuacji usiłuję doszukać się jakiegoś pozytywnego aspektu sprawy, znalazłem go również w podróży z Wrocławia: jest więcej czasu na pogawędki z podróżnymi. Okazało się, że siedząca naprzeciwko mnie pani Marzena jest członkiem zarządu Stowarzyszenia Audytorów Wewnętrznych IIA Polska. Bardzo ciekawie opowiadała mi o swoim podejściu do audytu wewnętrznego.
Pewnie audyt kojarzy Ci się z prześwietleniem firmy bądź organizacji pod względem finansowym i prawidłowości w księgach rachunkowych. Tyle tylko że wbrew pozorom nawet najlepiej prowadzone księgi wcale nie świadczą o prawidłowym rozwoju firmy. One nie uwzględniają tak ważnych aspektów biznesowych jak procesy zarządzania, ład organizacyjny czy ryzyko prowadzonej działalności. Bez nich trudno ocenić, czy dany byt gospodarczy rokuje wzrost przychodów, zysku, zdolności produkcyjnej, wydajności, efektywności lub innych oczekiwanych parametrów.
Rozmowa z panią Marzeną uświadomiła mi, że audytu wewnętrznego potrzebują nie tylko różne twory organizacyjne, lecz także – a może nawet przede wszystkim – każdy z nas. Dziwię się, że nigdy wcześniej na to nie wpadłem i dlatego od razu Ci o tym mówię, bo to niezwykle istotna sprawa. Przecież to, co tak dobrze sprawdza się w badaniu organizacji, siłą rzeczy musi być korzystne również dla Ciebie.
Czyż co jakiś czas – powiedzmy co rok, co dwa – nie powinieneś zastanowić się nad tym, jak działasz jako ojciec czy matka, mąż czy żona, właściciel firmy, szef czy pracownik, sprawdzić swoją sytuację finansową, rozliczyć się z podjętych zobowiązań, pomyśleć, kogo warto poznać , zdecydować, jakie sprawy delegować, aby mieć więcej czasu oraz nad innymi kwestiami, które z punktu widzenia Twoich interesów są ważne?
Zauważ, ile wartościowych informacji o własnym życiu może Ci dać taki osobisty audyt wewnętrzny. Warto rozpracować dla siebie koncepcję formularza, który by zawierał ocenę tych elementów Twojego życia, które poddajesz własnej kontroli. Dzięki temu będziesz miał większą pewność, że jesteś – lub czasami nie – na właściwej drodze do swojego sukcesu.
Widać, że hasło Podróże kształcą ma wciąż rację bytu.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl
Dodaj komentarz
Miesiąc: luty 2012
Inżynieria życia
Drogi Czytelniku,
trafiłem niedawno na ciekawy cytat współczesnego pisarza amerykańskiego Jonathana Kozola, który daje taką radę: „Wybieraj bitwy wystarczająco duże, by miały znaczenie i wystarczająco małe, by dało się je wygrać„.
Przez jakieś pięćdziesiąt lat liczonych od chwili, gdy jako dziecko zacząłem kojarzyć otaczający świat, nie wiedziałem, że tą tak ważną bitwą jest walka o lepsze życie. Dowiedziałem się o tym dopiero jakieś cztery lata temu. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, jak mogłem przez tak długi czas – pół wieku – żyć zupełnie nieświadomy faktu, że mogę w sposób decydujący wpływać na swoje życie.
Byłem święcie przekonany, że ono w decydującej mierze zależy od czynników zewnętrznych, całkowicie niezależnych ode mnie, takich jak ustrój Polski, zasobność (czy raczej brak zasobności!) rodziców, rządząca partia, dyrektor zatrudniającej mnie firmy itp., a nie jest wynikiem moich dobrych i złych decyzji.
Trudno mi wyrokować, jak jest w Twoim przypadku, ale jeśli chodzi o mnie, ogromnie się cieszę, że wreszcie – niewątpliwie w drugiej części mojego życia- dotarła do mnie informacja, jak wielki wpływ mam na kreowanie własnej przyszłości. I co więcej, byłem gotów tę ideę przyjąć!
Gdy teraz analizuję, jaka była przyczyna odpychania od siebie odpowiedzialności za własny byt, coraz bardziej przekonuję się, że był to efekt mojego poczucia niskiej wartości. Tak, tak, jestem już wystarczająco stary i niezależny, że mogę sobie pozwolić na takie wyznanie.
W sumie to nawet wygodna sytuacja z takim podejściem do życia. Przecież to ONI są winni, że mi słabo idzie, a nie JA. To ONI mają wiedzieć, co mam w życiu robić. To ONI powinni zapewnić mi dobre wykształcenie dostosowane do wymagań rynkowych. To ONI odpowiadają za uzyskanie przeze mnie dobrej pracy. To ONI odpowiadają za trwałość mojej rodziny. To ONI………… Za co są ONI jeszcze winni?
Trudno mi zarzucić, że byłem całkowitym nieudacznikiem. Nieświadomie walczyłem o swoją przyszłość i często moje decyzje były podejmowane wbrew cudzym poglądom. Dzięki temu zdobyłem wykształcenie, zbudowałem dom, przepracowałem 30 lat w zawodzie inżyniera. A jednak dziecięce marzenia, aby zostać mikrobiologiem zostały gdzieś pogrzebane. Dałem sobie wmówić, że to zajęcie dla innych, a ja jestem zbyt słaby z biologii.
Dopiero w ostatnich latach dotarło do mnie, że jedynie słuszna postawa życiowa to wzięcie pełnej, stuprocentowej odpowiedzialności za to, jak ma wyglądać moje własne życie. Zrozumiałem, że tak jak projektowałem i budowałem instalacje chemiczne, bo przecież moim światem była inżynieria chemiczna, tak samo mogę konstruować swoje życie. Dosłownie! Stąd w poprzednim zdaniu brak cudzysłowu przy słowie konstruować.
Z dużą radością mogę stwierdzić, że stałem się prekursorem nowego znaczenia pojęcia „inżynieria życia”. Do tej pory występowało ono dość nieśmiało w biotechnologii i dotyczyło mikroorganizmów. Skoro one potrafią wyczyniać cuda i tworzyć nieznane do tej pory produkty, to co stoi na przeszkodzie, abyś Ty jako MAKROorganizm też w pełni wykorzystał swój potencjał. Inaczej mówiąc, zbudował życie wg zasad obowiązujących w przyrodzie.
Inżynieria życia zastosowana na co dzień to nowe pojęcie, więc dla lepszego zrozumienia opiszę je jeszcze dokładniej następnym razem. Jestem pewien, że dzięki niej Twoje życie stanie się bardziej wartościowe. Odnajdziesz się w miejscu pracy, staniesz się lepszym menedżerem, zwiększysz wydajność pracowników, dogadasz się z dorastającymi dziećmi, poprawisz relacje w związku. Mało?
Przede wszystkim zastosowanie inżynierii życia – zbioru zasad życiowych – pozwoli Ci wygrywać ze sobą? Znam ludzi, którzy daliby wszystko, aby stoczyć taką zwycięską bitwę i zmienić poczucie własnej wartości. Dzięki temu udałoby się im wykreować lepszy obraz siebie. Uważają, że w ten sposób odniosą jeden z największych swoich sukcesów życiowych. Całkowicie zgadzam się z tą tezą.
Poczucie własnej wartości to naprawdę niezwykle istotne zagadnienie.
Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl
Dodaj komentarz
Miesiąc: styczeń 2012
Paliwowe oszczędności
Drogi Czytelniku,
jestem już wystarczająco dorosły, więc pamiętam czasy socjalizmu w Polsce. Wtedy to jeden z naszych „przywódców”, a konkretnie (zaraz będzie skrót słowa towarzysz) tow. Pierwszy Sekretarz Wiesław Gomółka na skargi, że na rynku brakuje cytryn, radził używać kiszoną kapustę, bo ma więcej witaminy C. W rzeczy samej, rada może i dobra, tylko że kapuściane farfocle zamiast plasterka cytryny kiepsko wyglądają w szklance herbaty.
Przypomniała mi się ta historia, gdy wczoraj wicepremier Waldemar Pawlak na zarzuty o wysokiej cenie paliw zaproponował jeździć środkami komunikacji miejskiej. Pięknie!
Jak to się dzieje, że gdy człowiek jest przedstawicielem władzy, staje się tak arogancki? Uważam, że są tego dwie główne przyczyny, o których piszę poniżej.
Po pierwsze, do władzy trzeba dorosnąć. W starożytnych założeniach władza to była służba. Niestety, nawet wtedy różnie bywało z pełnieniem jej w praktyce. Cóż, słabe jednostki władza kusi, bo dzięki niej mogą łatwo pokazać, jak są ważni. Zapominają jednakże, że mądrość nie wynika z zajmowanego stanowiska, lecz własnego rozwoju osobowego. Na dodatek zgromadzone wokół „władcy” grono klakierów utwierdza go w tym, że jest wielki i niezastąpiony na danym stanowisku.
Tak samo, niestety, często jest w rodzinie. Wydaje się nam rodzicom, że zawsze jesteśmy mądrzejsi od swoich dzieci z racji większej liczby przeżytych lat. W rzeczywistości tak jest tylko w pierwszych latach życia dziecka. Potem jego wiedzy na wiele tematów nie dorównujemy!
Po drugie, władza zawsze daje złudne poczucie siły i realnie ją ma! W rezultacie ludzie ją sprawujący w końcu zapominają, czemu ona ma służyć. I wtedy właśnie występuje zjawisko arogancji władzy. Jej przedstawicielom wydaje się, że wcale nie muszą liczyć się ze zdaniem innych środowisk, czyli swoich „poddanych”, bo przecież z samej racji pełnienia władzy wiedzą lepiej, co jest dobre np. dla struktur państwa. Co gorsza, interesy państwa jako tworu biurokratycznego stają się wtedy dużo ważniejsze niż dobro obywateli.
Z największą przykrością trzeba przyznać, że tak samo często postępujemy w naszych rodzinach. Względem najbliższych łatwo pokazać, kto tu rządzi. Szczególnie, gdy nie masz racji! Najczęściej nas to jednak nie razi. Dostrzegamy łatwiej winę u kogoś innego.
Świetnie pazerność władzy ilustruje pojęcie „mit zbitej szyby”. Gdy jako dzieciak oglądałem film Charlie Chaplina „Brzdąc”, wtedy nie znałem tego określenia. Chodzi w nim o to, że jakoby nie ma nic złego w tym, że chuligan wybije komuś szybę. Przecież dzięki temu czynowi rodzi się popyt na usługi, bo trzeba szybę wstawić, a ponadto ktoś musi ją wyprodukować, ktoś inny dostarczyć, ktoś zrobić narzędzia do jej obróbki i obsadzenia. Jednym słowem, jeden kamień wprawiony w ruch uruchamia całą lawinę działań rynkowych. Czyż nie jest pięknie?
Otóż jedynie słuszna odpowiedź brzmi: NIE!!! Przecież cały wysiłek można byłoby spożytkować na inne, najczęściej lepsze cele niż naprawa wybitego okna.
Niestety, z największą przykrością obserwuję, jak nasi współcześni przedstawiciele władzy – czy to domowej, czy to państwowej – zachowują się jak chuligani. Stymulują działania, w rezultacie których mamy coraz mniej możliwości decydowania o swoich wydatkach. Zamiast np. przeznaczyć część pieniędzy na sprawy rodzinne: bilety do kina czy teatru, edukacyjną zabawkę dla dziecka, ciekawą książkę czy dodatkową edukację, trzeba je wydać na stacji benzynowej, bo ceny paliw rosną nieprzyzwoicie, m.in. za sprawą obciążeń podatkowych. To z kolei przyczynia się do większej inflacji, która jest zabójcza dla siły nabywczej naszych pieniędzy.
Co prawda w Internecie pojawiały się propozycje bojkotowania stacji benzynowych określonych koncernów. Były też spontaniczne akcje powolnych przejazdów po wybranych ulicach i drogach całych kolumn samochodowych czy tankowania „po litrze”. Niemniej uzyskany rezultat był raczej mocno opłakany, bo rząd ani myśli zmniejszyć obciążenia podatkowe dla paliw, a koncerny paliwowe odrzucają obniżenie swoich marż. Klasyczny pat, w którym po kieszeni dostajemy tylko my, konsumenci.
Jestem przeciwnikiem takich medialnie spektakularnych akcji, które w rzeczywistości biją w osoby przypadkowe, jak właściciele stacji czy osoby spieszące się do domu lub na spotkanie. Natomiast główni sprawcy, a więc gracze giełdowi (oni wbrew pozorom mają obecnie duży wpływ na poziom cen surowców!), wspomniane powyżej koncerny paliwowe czy fiskus zupełnie nie odczuwają takich protestów.
Jestem jednak pewien, że mamy oręż w ręku. Jest nim postęp technologiczny, który pozwoli na paliwowe oszczędności. Nawet jeśli będą one niewielkie i wyniosą tylko kilka procent, to warto je uzyskać. Badam teraz na własnym samochodzie jedną z koncepcji i za parę tygodni z pewnością opiszę Ci rezultaty. Wierzę, że korzystne!
Ostatnie dni pokazały, że jako społeczeństwo możemy prowadzić negocjacje z rządem tylko z pozycji siły. Tak jak internauci w sprawie ACTA. I może dopiero wtedy, gdy w skali kraju paliwowe oszczędności dadzą efekt w postaci mniejszych zakupów na stacjach benzynowych, zacznie się walka o nas: obywateli i klientów.
PS. Parę miesięcy temu prof. Andrzej Blikle przesłał mi link do filmiku na YouTube, który znakomicie przedstawia „mit zbitej szyby„. Może dzięki niemu jeszcze lepiej zrozumiesz to istotne zagadnienie.
Pozdrawiam serdecznie ,
Jerzy
www.jekos.pl
Dodaj komentarz





